Wieczny cudzoziemiec

W świecie chińsko-amerykańskiego fotografa An Rong Xu.

Fotograf i reżyser An Rong Xu interesuje „potencjał chwil”. Urodzony w Chinach i wychowany w Nowym Jorku, Xu często koncentruje swoją pracę na społeczności azjatycko-amerykańskiej - która, jak mówi, rzadko była przedstawiana jako część amerykańskiego krajobrazu. Niezależnie od tego, czy jest to wizerunek starej kobiety śpiącej w samochodzie, czy konkursów piękności na scenie, jego praca oferuje intymne spojrzenie na tematy i otaczające je przestrzenie. Prace Xu pojawiły się w publikacjach takich jak TIME Magazine, GQ Taiwan, New York Times i Rolling Stone. Jego prace zostaną również zaprezentowane w następnym numerze naszego magazynu.

Spotkaliśmy się z Xu, aby porozmawiać o jego pracy i inspiracji za jego zdjęciami.

Opisujesz siebie jako fotografa i reżysera, który eksploruje świat z wyjątkową perspektywą kulturową. Jak opisałbyś tę perspektywę?

Widzę świat z tego, jak się identyfikuję, Chińczyk, mężczyzna, artysta. Te trzy tytuły określają, kim jestem, moja tożsamość jest kształtowana przez moje wychowanie kulturowe, moją płeć i moją pracę. Ze względu na to, jak się identyfikuję i jak moja wizja świata jest kształtowana przez moją tożsamość, to moja zdolność do podróżowania po różnych światach, ich oglądania i fotografowania.

Co zainspirowało „Moich Amerykanów”?

Moi Amerykanie to projekt zrodzony z konieczności i miłości. Nigdy nie było znaczącej pracy, która uchwyciłaby naród chińsko-amerykański i przedstawił go jako część amerykańskiego krajobrazu społecznego. W kraju, w którym do dziś, po ponad 150 latach imigracji, społeczność chińsko-amerykańska i społeczność azjatycko-amerykańska jako całość wciąż mają do czynienia z uprzedzeniami i stereotypami bycia wiecznym cudzoziemcem, zrozumiałem, że nikt nie opowie naszej historii , chyba że zrobimy. To z powodu tych niepewności, pragnienia świętowania naszego życia i po prostu stwierdzenia, że ​​tu jesteśmy, że stworzono Moich Amerykanów.

Jak to było robić ten projekt? Czy kiedykolwiek czułeś się, jakbyś miał do czynienia ze wspomnianymi stereotypami?

Podobnie jak w przypadku innych form wyrażania siebie lub sztuki, było to katartyczne doświadczenie móc tworzyć prace, które były odpowiedzią na moje własne doświadczenia, lęki, niepewność, nadzieje i marzenia. Całe moje życie sprawiło, że zawsze czułem się jak wieczny cudzoziemiec, nie jestem ani tu, ani tam, i dzięki tej pracy, przyjąłem to: jestem tym, kim jestem, etykiety mnie nie definiują, ja .

Robisz dużo portretów celebrytów, jak to się zaczęło? Jak uspokoić swoich poddanych?

Moja praca z celebrytami zaczęła się głównie od szczęścia. Zacząłem wykonywać zadania w Nowym Jorku, a jeden z moich redaktorów chciał, żebym z kimś spędził czas i po prostu był muchą na ścianie i schwytał ich jako tych. Często lubię fotografować codzienność codziennego życia, dlatego podszedłem do fotografowania znanych ludzi w ten sposób.

W większości jestem miły i nie próbuję pocierać ludzi w niewłaściwy sposób i zawsze podchodzę do moich poddanych z szacunkiem. Często też celebrytki czują się bardzo wygodnie przed kamerami, albo podbiją to i naprawdę dadzą ci coś dodatkowego.

Kim są twoi ulubieni fotografowie? Co cię ostatnio zainspirowało?

Lubię myśleć o moich ulubionych fotografach jak o dziwnym drzewie genealogicznym. Założeniem byłoby, gdybym miał dwóch fotografów, którzy urodziliby fotografa, a ja byłbym tym fotografem-dzieckiem, wtedy moim fotograficznym ojcem byłby Chien-Chi Chang, a moją matką fotograficzną byłaby Helen Levitt. Jednak Helen zdradzała Chien-Chi, a moim faktycznym biologicznym ojcem fotograficznym jest Nobuyoshi Araki. Praca dokumentalna Chien-Chi mnie podniosła, użycie koloru przez Helen i jej praca uliczna zainspirowały mnie, ale to romantyzm i erotyzm Araki tkwi w moim fotograficznym DNA.

Oglądałem też wiele filmów, więc uważam, że autorzy są dla mnie bardzo inspirujący, na przykład Christopher Doyle i Mark Ping Bin Lee. Bardzo lubię też poezję, co było naprawdę inspirujące, a świetną lekturą jest Bao Phi, „Thousand Star Hotel”. Na moim radarze znajduje się „A Lesser Love” EJ Koh'a.

  • Wywiad Michelle Le